Skip to main content

Tajemnica Wenus

Page 1


SÒNIA LLEONART DORMUÀ

SÒNIA LLEONART DORMUÀ

TAJEMNICA WENUS

PRZEŁOŻYŁA KATARZYNA GÓRSKA

KRAKÓW 2026

Tytuł oryginału

Nascuda de Venus

Copyright © 2024, Sònia Lleonart Dormuà

Copyright © 2024, Penguin Random House Grupo Editorial, S.A.U.

Published by agreement with Book/lab Literary Agency, Poland.

No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790).

Copyright © for the translation by Katarzyna Górska

Projekt okładki

José Luis Paniagua

Adaptacja okładki do polskiego wydania

Maria Gromek

Ilustracje na okładce

© Depositphotos 96050970, 567234026

Ilustracje na wyklejce

© Depositphotos 5793265; Designcy Studio/Adobe Stock 1751495660

Fotografia autorki

© Natalia Cedrés

Redaktorka nabywająca

Eliza Kasprzak-Kozikowska

Redaktorka prowadząca

Sylwia Tusz

Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku

d2d.pl

Opieka redakcyjna

Karolina Wąsowska

Opieka promocyjna

Aleksandra Kosman

ISBN 978-83-8367-892-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2026

Printed in EU

Yagowi i Èricowi

Florencja, dzielnica Ognissanti

17 maja 1510

Ojciec Sorvino i jego pomocnik przybiegli z Kościoła Ognissanti, a gdy dotarli na miejsce, oparli się o framugę, by złapać oddech. Wezwano ich pilnie do umierającego mistrza. Duchowny zapukał do drzwi, ale nikt nie otworzył. Sorvino spojrzał na pomocnika i spróbował ponownie, tym razem z większą siłą.

Po chwili otworzyła im służąca.

– On umiera! – zawołała z przejęciem.

Smród dobiegający z wnętrza zmusił ich do zakrycia sobie nosów chusteczkami. Dziewczyna torowała im drogę wśród śmieci i biegających wokół szczurów. Odgarnęła sobie z czoła splątane włosy, chwyciła miotłę i zamachnęła się na jednego z gryzoni.

– Przeklęte bestie z piekła rodem! – krzyknęła, po czym złapała zwierzę za ogon i wyrzuciła za okno.

Posłała mężczyznom uśmiech odsłaniający bezzębne dziąsła, a potem ruszyła dalej. W końcu zatrzymała się przed wejściem do jednego z pokoi.

– To tutaj – powiedziała i otworzyła drzwi.

Duchowny wszedł do ciasnej izby oświetlonej jedną świecą.

Na łóżku spoczywało nieruchome ciało; z trudem rozpoznał twarz. Dziewczyna postawiła świecę na stoliku.

– Mistrzu, przybył ojciec Sorvino.

Mężczyzna poruszył się pod kocem i powoli otworzył oczy.

– Myślałem, że nie przyjdziecie… – powiedział z wysiłkiem.

Ksiądz przyjrzał się jego długim włosom i gęstej białej brodzie.

Widok ten głęboko nim wstrząsnął.

– Alessandrze, jak się czujecie?

– Jestem bardzo zmęczony.

Mężczyzna zaczął kaszleć. Duchowny usiadł na krześle obok łóżka i się rozejrzał. Jego uwagę przykuły ściany przesiąknięte wilgocią oraz nieporządek panujący w pomieszczeniu. Ogarnęło go współczucie – niegdyś był świadkiem wielkości tego człowieka.

– Amadeo, zbliża się moja godzina – oznajmił pomiędzy kaszlnięciami umierający.

– Chcecie się wyspowiadać?

– Rozliczałem się z grzechów na bieżąco, a w ostatnich latach nie popełniłem ich wiele.

– Czego więc wam potrzeba?

– Muszę was prosić o przysługę… – Mężczyzna położył sobie dłoń na piersi. Każdy oddech był jak sztylet przeszywający go na wskroś. – Muszę dostarczyć pewnej osobie list.

– List? Komu?

– Synowi Simonetty, Alessandrowi Vespucciemu, gdy osiągnie dojrzałość.

Służąca podeszła i podała ojcu Sorvino zalakowaną wiadomość. Duchowny przeczytał wypisane na niej nazwisko, po czym włożył list między stronice Biblii, którą trzymał w dłoniach. Spojrzał na umierającego pytająco.

– Przed odejściem z tego świata muszę spłacić dług… Ona mnie o to prosiła… – Mistrz Alessandro zaczął znowu kaszleć. –Trzymałem też u siebie pewien obraz. Musicie mu dostarczyć obie te rzeczy.

Chory dostrzegł wahanie w oczach księdza. Nie bał się śmierci, tylko niespełnienia prośby. Podniósł ton głosu.

– Amadeo, obiecajcie mi, że się tym zajmiecie! Sorvino skinął głową, a mężczyzna w końcu odetchnął z ulgą.

– Myślicie, że odnajdę ją tam, w górze? Ledwo pamiętam jej twarz.

– Bóg Ojciec otacza opieką wszystkie swoje stworzenia – odparł duchowny z łagodnym uśmiechem.

– Znowu będę mógł ją malować. Tam nikt mnie nie skrzywdzi – dodał starzec, unosząc zdeformowane chorobą ręce.

Ojciec Sorvino się wzdrygnął.

– Chciałbym was prosić o coś jeszcze. – Mężczyzna zakaszlał ponownie.

– O co takiego?

– Pragnąłbym spocząć w Ognissanti, blisko niej.

– Tak się stanie – odparł duchowny, kiwając głową.

Mężczyzna poczuł ulgę. Wiedział, że ojciec Sorvino dotrzyma słowa. Uśmiechnął się, zamknął oczy i już ich więcej nie otworzył.

Ojciec Sorvino położył mu dłoń na czole i uczynił znak krzyża.

– Requiescat in pace, synu.

Pozostał jeszcze chwilę w sypialni, aby pożegnać duszę zmarłego. Czuł głęboki smutek, że życie mistrza dobiegło kresu w takiej nędzy.

Kiedy wyszedł z pokoju, pomocnik natychmiast zauważył zmartwienie na jego twarzy.

– Ojcze, dobrze się czujecie?

– Pan obdarza niektórych cnotą, ale w zamian czyni ich nieroztropnymi. Nie myślą o końcu swojego życia i umierają w nędzy i osamotnieniu.

– Znał go ojciec?

– Cała Florencja go znała. Nazywał się Alessandro di Mariano di Vanni Filipepi.

– Sandro Botticelli? – zapytał zdumiony pomocnik.

– Zgadza się – potwierdził duchowny.

Ruszyli do wyjścia.

– Ojcze, nie zapomnijcie obrazu! – zawołała służąca, ciągnąc za sobą spore dzieło.

Duchowny spojrzał na dwie namalowane na obrazie postaci i przeszedł go dreszcz. Odwrócił się i krzyknął ze złością:

– Trzeba to czymś przykryć!

Służąca przyniosła prędko podarte prześcieradło. Gdy je rozłożyła, z wnętrza wypadł mały notatnik oprawiony w brązową skórę. Pomocnik podniósł go i ukradkiem schował w fałdach swojej szaty. Nakrył szybko obraz, aby uspokoić księdza, po czym zarzucił sobie dzieło na plecy.

– Ojcze, dlaczego nie chcecie, by było go widać? – zapytał z troską.

Duchowny milczał przez chwilę.

– Ten obraz może zniszczyć rodzinę Medyceuszy, a wraz z nimi całą Florencję – przyznał w końcu niechętnie.

Kiedy wyszli z budynku, spojrzał w niebo i przeprosił Boga, że nie zdoła dotrzymać obietnicy, którą przed chwilą złożył choremu leżącemu na łożu śmierci.

Tymczasem rozpętała się burza.

Pomocnik dotarł do domu po ósmej wieczorem, przemoknięty do suchej nitki. Ulewa złapała ich w drodze powrotnej, a ojciec

Sorvino przed odejściem polecił mu zostawić obraz w kościele. Chłopak wiedział, że matka urządzi mu awanturę.

– Można wiedzieć, czemu wracasz tak późno? – zapytała, wstając od stołu, aby nalać mu do talerza zupę z parującego kotła. –Twoi bracia już dawno śpią!

Spojrzał na nią obojętnie. Był zziębnięty do szpiku kości. Zdjął mokre ubranie i podszedł do paleniska. Zapomniał o notatniku, który wypadł z kieszeni prosto w ogień. Kartki natychmiast się od niego zajęły. Chłopak rzucił się, by wyciągnąć notes z płomieni.

Parzył sobie dłonie i jednocześnie starał się uważać, by ogień nie dosięgnął mokrego odzienia.

– Jak można być taką niezdarą! Jeszcze cię nie przyjmą do klasztoru! – strofowała go matka.

Puścił jej słowa mimo uszu, skupiony na ratowaniu notatnika. Usiadł przy stole, ostrożnie odłożył notes na bok i zaczął siorbać gorącą zupę.

Po posiłku poszedł do sypialni. Spojrzał na swoich młodszych braci, skulonych na łóżkach jak fretki. Już ich nie zobaczy. Przejrzał notatnik. W środku znalazł zapiski Botticellego o miłości, jaką darzył pewną damę, niejaką Simonettę Vespucci. Na ostatnich stronach ujrzał cztery jej portrety. Pogładził je palcem, poruszony ich pięknem.

Przed zaśnięciem wyrwał nadpalone kartki i schował je pod łóżkiem. Nazajutrz zabierze ze sobą notatnik do klasztoru. Nigdy nie miał żadnej książki – to będzie jego skarb.

San Gimignano, pałac Verinich

21 marca 2023

Profesor Belletti zaparkował samochód przed żelaznym ogrodzeniem i resztę drogi prowadzącej do wejścia do pałacu pokonał pieszo. Był zdenerwowany – od jego ostatniego spotkania z hrabią minęło wiele lat. Wiedział, że hrabia potrafi być nieprzewidywalny. Spojrzał z podziwem na rząd stuletnich drzew oliwnych rosnących wokół posiadłości.

Wszedł do ogrodu i zobaczył hrabiego pochylonego nad krzakami róż przed główną fasadą budynku. Belletti miał na sobie jasne ubrania, a na głowie filcowy beret, który chronił go przed wiosennym słońcem. Zdejmował go co jakiś czas, by przeczesać siwe włosy. Zdziwiła go delikatność, z jaką duże i silne dłonie hrabiego obchodziły się z kwiatami. Pomyślał, że przez te lata nic się nie zmienił.

– Dzień dobry, Arnaldo – powiedział z powagą profesor.

Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na niego swoimi małymi oczami. Ścisnął mocniej ogrodowe nożyce.

– Będę musiał porozmawiać z Aureliem, żeby zaktualizował listę osób, które może wpuszczać – rzucił, odwracając się z powrotem do krzaków róż.

Profesor wysilił się na uśmiech.

– Widzę, że nadal jestem tu niemile widziany – powiedział, kręcąc głową. – Minęło sporo czasu, nie uważasz?

Hrabia spojrzał na niego ponownie. Belletti zawsze doprowadzał go do wściekłości. Czego znowu chce? Ostatnim razem zażarcie się pokłócili. Nigdy mu nie wybaczył, że nie uprzedził go o odejściu Grazieli. I tego, że próbował nim manipulować, by skorzystać na jego wypadku. A przecież kiedyś był jego najlepszym przyjacielem.

– Powiedz mi więc, Domenico, czemu zawdzięczam tę wizytę? – zapytał z irytacją.

– Masz coś przeciwko, żebym usiadł?

Hrabia powstrzymał się, by nie odprawić go z kwitkiem.

– Czy to coś zmieni, jeśli powiem, że tak?

Profesor był drobnym mężczyzną o poważnej twarzy, który wiecznie wyglądał na rozgniewanego. Przerzedzone włosy tylko dodawały mu lat. Położył beret na marmurowym stole i rozejrzał się po ogrodzie czarnymi jak węgiel oczami.

– Widzę, że posiadłość nie straciła nic ze swojej okazałości. Zawsze uważałem, że ten pałac robi największe wrażenie w całej Toskanii.

Hrabia spojrzał na niego z rosnącą irytacją.

– Domenico, chyba nie przyjechałeś tu tylko po to, by podziwiać pałac.

– Nie, oczywiście, że nie. Przyjechałem, aby zaproponować ci pewien projekt.

Hrabia mruknął coś pod nosem.

– Zamierzam zorganizować wystawę w Uffizi. Za rok przechodzę na emeryturę jako kierownik pracowni konserwacji i nie chciałbym zostawiać stanowiska, nie oddawszy należnego hołdu mistrzowi.

– Stanowiska, które jak zapewne pamiętasz, zawdzięczasz mojej rodzinie – wtrącił hrabia, patrząc mu prosto w oczy.

Profesor pokręcił głową.

– Cały problem polega na tym, że według dyrektora Botticelli jest już wystarczająco znany i należy promować innych artystów. Wahałem się, czy cię o to prosić. Długo się namyślałem przed przyjazdem tutaj, ale wiem, że w tej kwestii zawsze byliśmy zgodni.

Hrabia zerknął na niego kątem oka, dalej przycinając róże.

– Potrzebuję twojego wsparcia finansowego, aby zapewnić Botticellemu należne mu miejsce w historii.

– Jakżeby inaczej – mruknął hrabia, myśląc o tym, że jego rozmówca zawsze próbuje coś dla siebie ugrać.

Profesor zrozumiał, że jego słowa nie wywarły oczekiwanego wrażenia, więc się przysunął.

– Pomyśl, to będzie najbardziej imponująca wystawa Botticellego, jaką kiedykolwiek zorganizowano. Chciałbym zatrudnić najlepszych studentów, jakich miałem przyjemność uczyć. Dwoje z nich wyróżnia się prawdziwym talentem.

Mówiąc to, wyjął zdjęcie z kieszeni marynarki i pokazał je hrabiemu. Ten zerknął na nie obojętnie, lecz nagle pewien szczegół przykuł jego uwagę. Wziął fotografię do ręki. Nożyce wypadły mu z dłoni.

– Przecież to…

Profesor się uśmiechnął.

– Niewiarygodne, prawda?

– To niemożliwe! – wykrzyknął hrabia, biały jak papier, wpatrując się w zdjęcie.

– Przyjdź jutro do Uffizi. Wszystko ci wyjaśnię.

Profesor zabrał beret ze stołu i zostawił wstrząśniętego hrabiego z fotografią w dłoniach. Przy bramie obejrzał się na pałac. – Zawsze miałeś wszystko!

Nałożył beret i ruszył tą samą drogą, którą przyszedł.

Barcelona, Sant Gervasi

20 czerwca 2023

Carla stała na balkonie, wodząc nieobecnym wzrokiem po rozłożystych lipach w Parku Turó. Mokre włosy muskały jej twarz, a drobne krople wody spływały po plecach delikatnymi, falującymi strużkami. Zawiązała pasek szlafroka i wystawiła twarz ku porannemu słońcu. Zamknęła oczy i na samo wspomnienie pieszczot Alexa poczuła dreszcz na skórze. Pochyliła się lekko nad barierką, dopóki nie poczuła oporu.

– Nie masz chyba zamiaru wyskoczyć?

Odwróciła się i zobaczyła Alexa, który patrzył na nią oczami w kolorze nocnego nieba. Zdążył się ubrać – miał na sobie białą koszulę i szarą marynarkę z kamizelką, czyli „strój na ważne sądowe sprawy”, pomyślała Carla. Kiedy objęła go ramionami i pocałowała, wyczuła zapach pomarańczy i bergamoty z jego wody kolońskiej.

– Wiesz, że dzięki tobie jestem bardzo szczęśliwa? – szepnęła.

– Wiem tylko, że za tobą szaleję – odpowiedział i ją pocałował. Odsunął się, nie przestając patrzeć w jej miodowe oczy. – Wcześnie wstałaś.

– Chciałam poćwiczyć jogę przed pracą. Nie wiem, jak bym bez tego wytrzymała.

– Nie rozumiem, jak cztery pozycje na macie miałyby ci pomóc.

Carla spojrzała na niego z nadzieją, że któregoś dnia uda jej się go przekonać.

– Powinieneś kiedyś poćwiczyć ze mną – powiedziała, składając dłonie na wysokości piersi w geście namaste. Alex parsknął śmiechem.

– Wiesz, że ja potrzebuję rakiety, piłek i przeciwnika do pokonania.

– Ty i te twoje głębokie przemyślenia…

Mężczyzna uśmiechnął się i poprawił sobie węzeł krawata.

– Królowo, jeśli chcesz, żebym cię podwiózł, musisz się ubrać. Nie mogę przegapić lotu do Madrytu. Mam dzisiaj wygłosić mowę końcową.

– Możesz być spokojny, na pewno wygrasz tę sprawę.

– Podpowiada ci to twoja wewnętrzna wiedźma?

– Tak – odparła, puszczając mu oczko.

Alex ponownie się uśmiechnął. Dobrze wiedział, że szósty zmysł Carli rzadko zawodzi.

– To bardzo ważna sprawa. Jeśli ją wygram, stary nie będzie miał wyjścia, będzie musiał pozwolić mi działać po swojemu –powiedział, po czym się odwrócił i wszedł do pokoju.

Był wysoki, miał szerokie ramiona i poruszał się pewnie. Carla obserwowała z tarasu, jak z niemal rytualną starannością pakuje do walizki koszule, krawaty i bieliznę. Każdy jego ruch był wyważony niczym perfekcyjnie rozegrana partia szachów. „Zupełnie jak przy pracy nad jakąś sprawą”, pomyślała.

– Kochanie, idę po samochód – rzucił, kierując się z walizką do korytarza.

Carla weszła do pokoju i zdjęła szlafrok. Włożyła białą, podkreślającą opaleniznę sukienkę i brązowe sandały wiązane na kostce.

Wytarła włosy ręcznikiem i pozwoliła im opaść luźno na plecy. Pomalowała usta czerwoną szminką i musnęła rzęsy czarnym tuszem.

Z uśmiechem spojrzała na siebie w lustrze.

Gdy wyszła z sypialni, zobaczyła Alexa przeglądającego telefon.

– Myślałam, że jesteś już na dole.

– Sprawdzam wiadomości.

Popatrzył na nią. Jej długie kasztanowe włosy współgrały z migdałowymi oczami. Jego wzrok zatrzymał się na dekolcie obiecującym raj pod sukienką.

– Kiedy właściwie wpadłem na ten nieszczęsny pomysł, żeby lecieć do Madrytu?

Podszedł bliżej i pogłaskał jej ramię wierzchem dłoni. Carla zadrżała.

– Chyba będę musiał złapać następny samolot – mruknął, spoglądając na nią z pożądaniem.

– Ale przecież dziś musisz zamknąć sprawę!

– Ty jesteś moją sprawą.

Carla uśmiechnęła się i go pocałowała.

Pokonała ostatni odcinek schodów do MNAC -u * biegiem. Gdy dotarła na górę, zdążyła jeszcze zobaczyć, jak Porsche Alexa przecina Avinguda Maria Cristina w kierunku Plaça d’Espanya. Przed wejściem do budynku spojrzała na jego imponującą neoklasycystyczną fasadę i wieńczącą go monumentalną kopułę. Ten widok nigdy jej się nie znudzi.

Podeszła do punktu kontroli. Ochroniarz się do niej uśmiechnął, a Carla, jak co rano, pozdrowiła go i położyła torebkę na taśmie skanera. Potem skierowała się do szatni. Spojrzała na zegar

* Museu Nacional d’Art de Catalunya – Narodowe Muzeum Sztuki Katalonii (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

nad szafkami i zobaczyła, że jest spóźniona. „Recasens mnie zabije”, pomyślała. Otworzyła swoją szafkę, włożyła do niej rzeczy, narzuciła kitel i zebrała jeszcze wilgotne włosy w kitkę. Wkładając służbowe obuwie, przypomniała sobie o nudnym nadzorze sal wystawowych, do którego ją przydzielono. Początkowo miała nadzieję, że to chwilowe zajęcie, ale trwało już ponad dwa miesiące. Czuła, że się marnuje.

Postanowiła zajrzeć do pracowni konserwatorskiej i zobaczyć się z Pauem i Julią. Zaprzyjaźnili się jeszcze na studiach, ale odkąd wspólnie zaczęli pracę w  MNAC -u, stali się nierozłączni. Z początku Pau i Julia mieli Carlę za rozpieszczoną i kapryśną jedynaczkę z dobrego domu – jej rodzice byli cenionymi chirurgami, pracowali w szpitalu klinicznym. Uroda i aura idealistki też nie działały na jej korzyść. Szybko jednak udowodniła, że jest kimś więcej, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. I przede wszystkim – że można na niej polegać.

Zastała ich pochłoniętych renowacją fresku z miasteczka Boí.

– Cześć, kochani! – rzuciła na powitanie.

Widząc, że są zajęci, poczuła lekkie ukłucie w żołądku.

– Twoja koleżanka cię szuka. Powiedzieliśmy jej, że jesteś w szatni, ale chyba nie uwierzyła – oznajmił Pau, unosząc głowę.

– Alex wyjeżdża do Madrytu i zeszło nam dłużej, niż planowaliśmy – odparła z uśmiechem.

– Teraz rozumiem, skąd ten rumieniec na twojej twarzy – dodała Julia.

Carla przyjrzała się malowidłu.

– Nie wiedziałam, że już zaczęliście. Imponujące! – Pogładziła je delikatnie palcami. – Co mam zrobić, do cholery, żeby w tym muzeum pozwolili mi pracować przy renowacji?

– Mogłabyś nam pomóc z kolorem – zaproponowała Julia.

– Nigdy nie zajmowałam się malarstwem ściennym.

– To bardzo podobne do renowacji płócien. Malujemy etapami, zaprawa musi być wilgotna, żeby kolor dobrze się trzymał. We trójkę szybko byśmy się uwinęli. Tego argumentu Recasens nie będzie mogła zignorować.

– Zwłaszcza że to pierwsza renowacja fresku w  MNAC -u i na pewno zależy im, żeby okazała się sukcesem – stwierdził Pau.

Carli zabłysły oczy.

– Byłoby cudownie! To babsko oddelegowuje mnie tylko do rutynowych prac, a najgorsze jest to, że nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam.

– Właśnie w tym rzecz, że nie zrobiłaś nic złego – zauważył Pau.

– Co masz na myśli? – spytała Carla, marszcząc brwi.

– Czuje się zagrożona. Twoja praca nad Matką Boską Pokorną Fra Angelica zrobiła duże wrażenie. Recasens broni swojego stołka.

– Ja mam być dla niej zagrożeniem? – Carla pokręciła głową.

Powoli zaczynała rozumieć zachowanie swojej przełożonej. Odwróciła się, gdy usłyszała kroki za plecami.

– Pani Bas, cóż za przyjemność widzieć panią w naszym skromnym gronie!

Carla zesztywniała.

– Przepraszam za spóźnienie, samochód odmówił mi posłuszeństwa – skłamała.

Recasens obrzuciła ją badawczym spojrzeniem. Miała dziś na sobie spódnicę sięgającą za kolana, a włosy ciasno spięła w kok.

– Zapewne – powiedziała ostrym tonem. – Zapraszam do mojego gabinetu. Musimy porozmawiać.

Carla poczuła dreszcz na plecach. Popatrzyła na Paua i Julię, a potem posłusznie ruszyła za przełożoną. Recasens weszła do gabinetu, zamknęła drzwi i spojrzała na Carlę oczami jak u sowy. Dziewczyna zawsze czuła się przy niej zastraszona.

– Pani Bas, lubi pani swoją pracę? – zapytała szefowa z przekąsem.

– Oczywiście, że lubię! – pospieszyła z odpowiedzią Carla.

– Nic na to nie wskazuje. Niemal codziennie się pani spóźnia, a kiedy już zaszczyci nas swoją obecnością, myślami jest pani gdzie indziej.

Serce Carli zaczęło bić szybciej. Czuła, że adrenalina zalewa całe jej ciało.

– Po prostu nie rozumiem, dlaczego całymi dniami muszę się zajmować jakimiś rutynowymi pracami, a nie renowacją, którą uwielbiam! – wybuchła.

Recasens się skrzywiła.

– Kwestionuje pani moje decyzje? – zapytała ostro.

Carla przywołała w myślach pozycję wojownika z porannej sesji jogi. Postanowiła nie dać za wygraną.

– Chciałabym tylko zrozumieć, dlaczego zostałam odsunięta, skoro nie zrobiłam nic złego.

Recasens zrozumiała, że tym razem Carla się nie podda.

– Pani Bas, nie muszę się pani tłumaczyć ze swoich decyzji. Gdy uznam, że nadaje się pani do innego zajęcia, nie omieszkam o tym poinformować. A teraz proszę nie marnować mojego czasu i wracać do swoich zajęć, jeśli zależy pani na pracy w tym muzeum! – oznajmiła tonem wskazującym na przyzwyczajenie do wydawania poleceń, po czym gestem poprosiła o opuszczenie gabinetu.

Carla z trudem zachowała spokój, gdy mijała przełożoną przy drzwiach, stojącą jak na baczność. „Sfrustrowana karierowiczka”, pomyślała i wyszła bez słowa.

SEKRET UKRYTY W LIŚCIE

PRZEZ PONAD 500 LAT.

ZAGINIONY OBRAZ BOTTICELLEGO.

PRAWDZIWA TWARZ WENUS.

Florencja, kolebka renesansu, 1510 rok. Wielki mistrz Sandro Botticelli na łożu śmierci prosi swojego spowiednika, aby przekazał tajemniczy list i sekretny obraz synowi swojej muzy, pięknej

Simonetty Vespucci.

Malowidło znika.

Ponad pięć wieków później Carla, katalońska konserwatorka dzieł sztuki, wyrusza na poszukiwanie zaginionego obrazu. Prywatne śledztwo doprowadzi ją do odkrycia tajemnicy, która na zawsze odmieni jej życie i zrewolucjonizuje sposób interpretowania obrazów Botticellego.

Tajemnica Wenus to pełna emocji historia trzech par kochanków, których losy łączy dzieło włoskiego geniusza.

Tu przeszłość miesza się z teraźniejszością, miłość z polityką, a historia sztuki z sagą rodzinną.

KATALOŃSKI FENOMEN LITERACKI!

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Tajemnica Wenus by SIW Znak - Issuu